Recenzja filmu: Nowe oblicze Greya

Nowe oblicze Greya

Fot: mat. pras.

Nowe oblicze Greya to koniec trylogii o wielkiej, szalonej miłości i dość kiczowaty film przypominający montażem teledysk.

Podobno powieści E. L. James miały w naszym kraju najlepsze otwarcie od 1989 roku. Nic dziwnego, zza oceanu doszły do nas setki pełnych euforii recenzji, a autorka zaoferowała swoim czytelniczkom dokładnie to o czym marzą, a do czego nigdy – nawet pod groźbą śmierci – się nie przyznają. Dała nam księcia z bajki, władczego Christiana Greya, który przejdzie cały świat, żeby chronić ukochaną. Dała bajkę o mężczyźnie, który istnieje w marzeniach, w rzeczywistości jednak wcale nie chciałybyśmy go mieć w domu. Już widzę, jak Christian Grey wyrzuca śmieci. Rozmarzyła kobiety, mocno wkurzyła mężczyzn – tak, każdy o tych książkach przynajmniej słyszał. Powstanie filmowej adaptacji było tylko kwestią czasu. I tak od 2015 możemy spędzać z Christianem Walentynki. Przynajmniej w kinie. Dobre i to.

Nowe oblicze Greya

Fot: mat. pras.

Trzecia część rozpoczyna się ekspresowo, w końcu w 106 minutach filmu musimy zmieścić naprawdę pokaźną książkę. W 10 minut rozprawiamy się ze ślubem, w kolejne 10 z miesiącem miodowym naszych głównych bohaterów, z którego ściąga ich kolejne pojawienie się Jacka Hyde. Były szef Any i pracownik Christiana z uporem maniaka prześladuje nowożeńców, wygląda na to, że ma jeszcze jakiś inny motyw niż tylko ten związany z pracą. Czy wszystkie środki świata pozwolą Christianowi ochronić najbliższych przed tym, czego naprawdę się boi?

Nowe oblicze Greya

Fot: mat. pras.

Nowe oblicze Greya to zdecydowanie najsłabsza część trylogii, wielki przerost formy nad treścią. Przeważająca część tego filmu to przedłużający się, bardzo ładny teledysk muzyczny, pokazujący sceny z życia idealnych małżonków, ich rodziny i przyjaciół – niezmiennie ubranych w najlepsze stroje, bez wątpienia najlepszych designerów. Podejrzewam, że suknia ślubna Any Steele już jest na szczycie najbardziej popularnych w Stanach Zjednoczonych. Przyznam, że zdjęcia są malownicze, bardzo dobrze wykonane a muzyka po prostu świetna – ale czy to wystarczy? Trudno się przejąć czy zaangażować kolorowe sceny z Paryża czy Nicei, poprzeplatane okazjonalnymi (jeśli idziecie na film dla aspektu erotycznego możecie poczuć się mocno rozczarowani) scenami bliskości z koniecznym oczywiście lokowaniem produktu. Główna akcja ogranicza się do ostatnich 30 – 40 minut, gdzie w końcu zamykamy historię Jacka Hyde, rozwiązujemy kwestię niedojrzałości Christiana do prawdziwie dorosłych decyzji i wspólnej przyszłości Pana i Pani Grey. To wierna ekranizacja książki, dobrze zagrana przez uroczą Dakotę Johnson i Jamiego Dornana. Kolejny raz na prowadzenie wychodzi aktorsko Johnson, ale jej postać jest też po prostu bardziej złożona i daje aktorce więcej możliwości. Cała reszta aktorów nie ma tutaj żadnego znaczenia, ale dobre słówko szepnę też dla Eloise Mumford, która kradnie dla siebie każdą scenę w jakiej się pojawia.

Nowe oblicze Greya

Fot: mat. pras.

Troszkę zaspoileruję. Nie ma szans na kolejną część filmową, przynajmniej zanim E.L. James nie da namówić się na pisemną kontynuację. To naprawdę wierna adaptacja, kto czytał ten wie. Co nam więc pozostaje po tym słynnym już Christianie Greyu? Miłe wspomnienie, kilka sennych marzeń i średnio zabawny film, z którego jednak wychodzimy zupełnie bez filmowej traumy. Idealny na babski wypad. To ostatnie kinowe Walentynki z Christianem Greyem. A może by tak w przyszłym roku zorganizować mały maraton?
Marta Czabała

Przeczytaj także

Dodaj komentarz