Recenzja filmu: Mumia

Recenzja filmu: Mumia

Fot: mat. pras.

Reboot jednego z fajniejszych filmów lat 90. i kompletna, dramatyczna porażka. Mam dużą sympatię do gatunku, ale ta nowa Mumia to jeden z tych filmów, których po prostu nie da się obronić.

Brakuje w nim po prostu wszystkiego: dobrych postaci, dobrych aktorów, sensownego scenariusza. Nie ma humoru, który był integralną częścią Mumii z Brendanem Fraserem. Pozostają typowo amerykańskie efekty specjalne, ale to naprawdę nie wystarczy, chyba że planujemy obejrzeć tylko trailer. Na dodatek to dopiero początek cyklu. Ale do rzeczy. Sierżant Nick Morton stacjonuje w Iraku. Kiedy nie wyzwala miejscowych, przeszukuje okolice w poszukiwaniu wszelkich artefaktów, które później sprzedaje na czarnym rynku. Na kolejnym polowaniu trafia na tajemny grobowiec, z którego – już za pomocą żołnierzy – wydobywa i przewozi do Anglii tajemniczy sarkofag. Samolot nie dociera na miejsce…

Mumia

Fot: mat. pras.

Przeszukując uważnie kolejne sceny w poszukiwaniu jakichkolwiek pozytywów, znalazłam tylko ciekawy demoniczny makijaż oczu tytułowej Mumii, a towarzyszący mi panowie przyznali gwiazdkę za urodę Anabelle Wallis. To absolutnie wszystko. Reszta to niekończący się maraton najlepszych amerykańskich efektów specjalnych (lepiej oglądać je w 2D), nieciekawych dialogów, mało sensownych wydarzeń i kompletnego braku humoru. Tom Cruise męczy i wciąż udaje niezniszczalnego Ethana Hunta (według moich obliczeń powinien zginąć 3 razy w pierwszych 40 minutach filmu), ale wypada po prostu gorzej niż źle. To po prostu aktor jednej roli, który nie zagrał nic dobrego od czasów „Urodzony od 4 lipca”. Scenariusza nie podnosi nawet Russel Crowe, ciekawiej wygląda Sofia Boutella w roli tytułowej Mumii. Trochę tylko szkoda, że zamiast pokazać ją jako dumną księżniczkę, Kurtzman dał jej postać zombie z Walking Dead w łachmanach. Film jest nierówny, nieciekawy, pozbawiony sensu, czasem wszystko dzieje się tak szybko, że trudno nadążyć za akcją. Wychodząc z kina chciałam iść do kasy po zwrot pieniędzy.

Marta Czabała

 

 

Przeczytaj także

Dodaj komentarz