Recenzja filmu: Inferno

Inferno

Inferno

Po Aniołach i Demonach i Kodzie da Vinci Inferno było skazane na sukces. Nawet jeśli ten sukces jest średnio zasłużony.

Ale jak może być inaczej kiedy w filmie gra Tom Hanks, całość reżyseruje Don Howard a fabuła wpisuje się w motywy rodem z Indiany Jonesa? To co najmniej trzy powody, dla których wybaczymy Inferno niedociągnięcia, brak logiki i niespecjalnie mądre zmiany w stosunku do książki. To zdecydowanie najsłabszy film z serii o przygodach Roberta Langdona, nie znaczy to jednak, że zły.

Inferno

Inferno

Profesor Robert Langdon budzi się w szpitalu z raną głowy. Nie pamięta nic z ostatnich dni. Fakt, że znajduje się we Florencji a nie w amerykańskim Bostonie wywołuje u niego niemały szok. Lekarka Sienna Miller jak tylko może pomaga mu wypełnić luki w pamięci i to właśnie ona pomaga profesorowi uciec, kiedy w szpitalu pojawia się zabójczyni z jednoznacznym celem jest właśnie Langdon.

Inferno

Inferno

Największym atutem tego filmu jest montaż. Howard wie, że po tym filmie oczekujemy pościgów, bijatyk, poszukiwań zaginionych znaków i symboli oraz jednoznacznie złych lub dobrych bohaterów. I bez wątpienia wszystkie te kategorie są tutaj spełnione. Reżyser utrzymuje na tyle szybkie tempo, że mało kto ma okazję rozkładać film na części pierwsze, przynajmniej podczas projekcji. Refleksje przychodzą już później. Pomiędzy Hanksem a Felicity Jones nie ma żadnej chemii. On legenda kina, ona zasłużona aktorka Hollywood, tutaj wydają się nie mieć żadnej wspólnej relacji. Szczerze mówiąc nie jestem nawet pewna czy postacie się lubią. Na dodatek David Koepp, twórca scenariusza postanowił maksymalnie spłaszczyć postać Sienny Miller, dając jej poczynaniom jednoznaczny wymiar, zupełnie inny niż ten w książce. Niestety zmienił też zakończenie samej książki, tworząc jednowymiarowy film, pozbawiając go wniosków i refleksji do których zmuszał nas Dan Brown. Dołożył też makabryczne wizje Langdona rodem z dzieł Beksińskiego, które niesłusznie przedłużają film.

Inferno

Inferno

Znacznie lepiej radzą sobie bohaterowie drugoplanowi, Omar Sy, Irrfan Khan czy Sidse Babett Knudsen. Czy to wystarczy? To pewnie kwestia subiektywna. Wszystkim, którzy powiedzą nie pozostaną piękne włosko – tureckie widoki, niesamowita, nietypowo elektryczna muzyka Hansa Zimmera i ładnie opakowane widowisko. To filmowe jest mniej mądre niż to w książce, ale z pewnością miłe dla oka. Inferno to film znacznie lepszy niż większość w kinie. Ale nie jestem przekonana czy to komplement.

Marta Czabała

Przeczytaj także

Dodaj komentarz