Recenzja filmu: Gwiezdne Wojny. Ostatni Jedi

Gwiezdne Wojny. Ostatni Jedi

Fot: mat. pras.

Ostatni Jedi nie jest najlepszą częścią sagi. Ale na pewno nie jest najgorszą. To miły graficznie, lekko przeciągnięty film, który może zaczarować. Ale nie musi.

Gwiezdne Wojny… Albo je kochasz, albo masz serdecznie gdzieś. Nie ma innej szansy. Jeśli masz do nich stosunek emocjonalny z pewnością odliczasz kolejne dni do premiery. I wreszcie jest! Tylko czemu tak późno? Akcja kolejnej części rozpoczyna się bezpośrednio po poprzedniej. Ray odnajduje Luke’a, chce skłonić go do powrotu i dołączenia do rebelii. Ta nie idzie dobrze, statki z rebeliantami są tropione i zestrzelane, a możliwości ucieczki są coraz mniejsze. Kylo Ren obiecuje na zawsze dokończyć swoją misję. Finn, Poe i Rose wpadają na pomysł szalonej misji ratunkowej…

Gwiezdne Wojny. Ostatni Jedi

Fot: mat. pras.

Dzieje się dużo, dzieje się cały czas i 150 minut mija bardzo szybko. Ale Ostatni Jedi jest zdecydowanie słabszy od Przebudzenia Mocy. To być może kwestia nadmiernego zdywersyfikowania fabuły i rozdrobnienia wątków, może słynna klątwa drugiej części trylogii, fakt jednak pozostaje że całość miejscami mocno siada. To bardzo nierówny film. Rozterki duchowe Luke’a i Ray tchną dłużyznami i chociaż aktorzy starają się jak mogą, scenariusz nie zawsze im na to pozwala. Dylematy przeżywa też oczywiście Kylo Ren, ale niestety jest zbyt słaby warsztatowo, żeby dobrze to pokazać. Jest też w tym filmie scena tak głupia, że nie da się jej obronić za nic, a autor pomysłu powinien zostać na zawsze wyrzucony z Hollywood. Znacznie lepiej wypadają sekwencje akcji, a finałowa scena to po prostu stare dobre Gwiezdne Wojny. Jest szybko, kolorowo, wszystko podkreśla muzyka niezawodnego Johna Williamsa. Film zachwyca wizualnie, tak jak potrafi zrobić amerykański film science fiction, gdzie nie ma granicy budżetu a graficy mają bardzo szeroką wyobraźnię. Rasy, zwierzęta, miasta – wszystko dopracowane jest w najmniejszym nawet detaliku. Chwilowa wpadka z nieakceptowalną dla najbardziej oddanych fanów disnejowską stylistyką (kto może zapomnieć Jar Jar Binksa) na szczęście odeszła w zapomnienie. Aktorzy z widoczną przyjemnością powracają do swoich postaci. Mark Hamill jest najlepszym Lukiem jakiego widziałam, na ekranie błyszczy John Boyega, Kelly Marie Tran, przyjemna (chociaż nie tak jak poprzednio) jest Daisy Ridley. To nie jest „Imperium Kontratakuje” ani nawet „Przebudzenie mocy”. Ale rozrywka jest. A w Gwiezdnych Wojnach przecież o to chodzi.
Marta Czabała

Przeczytaj także

Dodaj komentarz