Anna Starmach – Lubię smakować życie

Skończyła historię sztuki i… dyplom schowała do szuflady. Zamiast przejąć po rodzicach galerię, zajęła się gotowaniem. Dziś dzieli się z nami wiedzą, którą zdobyła w prestiżowej paryskiej szkole Le Cordon Bleu – jest jurorką „MasterChefa”, prowadzi swój program „Pyszne 25” i pisze książki kulinarne. W najnowszej, zatytułowanej „Lekkość – chudnij pysznie”, Anna Starmach przekonuje, że… aby schudnąć, trzeba jeść! I to same frykasy!

Rozmawiała: Ewa Anna Baryłkiewicz
Zdjęcia: Jacek Wrzesiński, pochodzą z książki „Lekkość – chudnij pysznie”, Wyd. Znak

Moje hobby to… poza gotowaniem i nałogowym czytaniem książek kucharskich? Podróże! Zawsze, kiedy gdzieś jadę, muszę wstąpić do muzeum i restauracji. Sztuka i kuchnia to są dwie najbliższe mi dziedziny.

Bardzo sobie cenię… czas spędzony w gronie moich najbliższych. Jak chyba wszyscy dzisiaj, żyję w nieustannym biegu i dlatego doceniam każdą chwilę, kiedy mogę się zatrzymać. Wtedy gotuję coś kalorycznego i niezdrowego, otwieram wino i… gadamy, gadamy, gadamy!

Marzę o tym, by… zwiedzić jeszcze wiele pięknych miejsc na świecie. I żeby napisać książkę o daniach i produktach, które tam odkryłam, które mnie zafascynowały. Żeby cały czas robić z pasją to, co robię. A kiedyś otworzyć własną restaurację. To będzie moje miejsce na Ziemi.

To raczej nietypowe, by mistrz kuchni pisał książkę o… odchudzaniu! Skąd taki pomysł?

Jestem po prostu osobą, która kocha gotować i jeść, ale też – jak każda kobieta – dbam o to, by dobrze wyglądać. A moja praca mobilizuje mnie do tego, bo, jak wiadomo, telewizja dodaje kilogramów. Powstał więc pomysł, żeby wszystkie doświadczenia, które od lat przekładam na talerz, zawrzeć w książce, czyli pokazać kobietom, jak zmienić dietę na wiosnę (bo jednak ta pora roku najbardziej nas motywuje do zrzucenia nadwagi), żeby poprawić formę, sylwetkę, a przede wszystkim nastrój. Natomiast nie jest to książka o diecie odchudzającej. Jako autorka nie rywalizuję ani z Lewandowską, ani Chodakowską. Nie obiecuję czytelniczkom radykalnej metamorfozy, polegającej na rozbudowaniu mięśni i zrzuceniu dziesiątek kilogramów. Mówię im raczej: schudniecie tylko trochę, ale za to poprawicie figurę i zmieścicie się w stare dżinsy.

Gdy przechodzimy na dietę, zazwyczaj po dwóch-trzech dniach pojawia się pytanie: „co by tu zjeść?”, bo pomysły na lekkie dania zwyczajnie nam się kończą albo smaki nudzą…

Tak, znam ten problem. Jako nastolatka wielokrotnie przechodziłam na rozmaite diety, czy to kapuścianą, czy kopenhaską, czy jeszcze jakąś inną. I, tak naprawdę, nigdy nie wytrwałam na nich dłużej niż kilka dni. Były zbyt monotematyczne. Poza tym za bardzo lubiłam jeść, by się nimi katować. Dlatego w tej książce stworzyłam dużą bazę pomysłów na lekkie dania. Niby są one posegregowane na tygodnie, ale można je dowolnie przekładać, kierując się tym, na co w danym dniu mamy smak. Myślę, że dzięki temu odchudzanie staje się dużo milsze. Natomiast nie jestem ortodoksyjna – dopuszczam nawet kieliszek czerwonego wina i słodycze! Po prostu wychodzę z założenia, że dobra dieta ma być przyjemna, długofalowa. Jeśli zmienimy nawyki żywieniowe, będziemy sięgać po większą ilość warzyw, ograniczymy ilość smażonych dań i węglowodanów, nie będziemy musieli liczyć kalorii. Oczywiście ćwiczenia też są istotne. Bo, jak wiadomo, nie liczy się tylko rozmiar ubrań i waga – ale też jak jędrne i ładne będzie ciało.

Anna Starmach-1

Właśnie! W książce poza przepisami na dania jest też wiele zestawów ćwiczeń, które możemy wykonać w domu czy nawet w parku. Wszystkie przetestowała Pani na sobie?

Oczywiście! Muszę się tu przyznać, że przez lata unikałam ćwiczeń. W szkole nie chodziłam nawet na zajęcia wuefu. (śmiech) Ale jakiś czas temu stwierdziłam, że dwudziestokilkuletnia dziewczyna musi już zacząć poważnie pracować nad swoją kondycją fizyczną. No i poznałam Marysię (Marię Kruczek, czyli współautorkę książki – przyp. Red.), fantastyczną trenerkę! Jest jedyną osobą, której udało się zmobilizować mnie do ćwiczeń, i to regularnych! Ktoś mógłby powiedzieć, że wyniki naszej pracy nie są aż tak spektakularne, jak u innych trenerek, jednak zapewniam, że gdyby nie Marysia, to… byłabym kilka rozmiarów większa. Proszę sobie zdać sprawę, że moja praca naprawdę polega na ciągłym jedzeniu i testowaniu nowych produktów!

Gdy jestem na planie „MasterChefa”, muszę próbować dwudziestu potraw! To jest naprawdę ciężka praca, wbrew pozorom. (śmiech) Nie mam więc wyjścia – muszę się ruszać. Wiadomo, czasami mi się nie chce, więc próbuję się wykręcać. Na szczęście, Marysia jest twarda, mówi: „O, nie, nie ma odwoływania zajęć! Jak ty nie przyjedziesz do mnie, to ja przyjadę do ciebie”. W poszczególnych rozdziałach opisuję, które ćwiczenia najbardziej dawały mi w kość, i że po paru tygodniach stawały się przyjemne. Opowiadam także o tym, jak zaczęła się moja przygoda z bieganiem, które jest najlepszą formą aktywności, ostatnio bardzo modną. Z tym że ja nikogo nie namawiam, by starował w maratonach, tylko mówię: pobiegaj po parku i poczuj się lepiej.

Radzi Pani, by nie zakładać, że od razu pokonamy kilka kilometrów. „Biegnij przez trzy minuty, następne truchtaj, a potem maszeruj”. Czyli działajmy metodą małych kroków?

Tak samo jak i w każdej dziedzinie życia. Ja do tej pory uczyłam ludzi gotować i uprzedzałam ich: „Nie od razu uda wam się przygotować pieczeń jagnięcą z zapiekanymi ziemniaczkami, a do tego suflet serowy. Trzeba zaczynać od prostych rzeczy”. Zaczynając przygodę ze sportem też nie rzuciłam się na głęboką wodę. I nie bałam się powiedzieć mojej trenerce, że nie jestem w czymś mocna. Że jakieś ćwiczenie mi nie wychodzi albo zwyczajnie sprawia ból. Łatwo nie było! Na pierwszych treningach odkrywałam mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia! (śmiech) Ale z każdym dniem stawałam się silniejsza, co mnie motywowało. Na pewno nigdy nie będę biegać w maratonach, tak przynajmniej zakładam. Nie pretenduję też ani do rozmiaru XS ani do kaloryfera na brzuchu. Natomiast wiem jedno. Moja forma znacznie się poprawiła i bardzo się z tego powodu cieszę. Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez solidnej porcji ruchu.

Wróćmy jeszcze do motywacji, bo mam wrażenie, że najtrudniej pokonać w sobie lenia i ruszyć się z wygodnej kanapy. Jak trenerka Panią mobilizowała? Co mówiła lub robiła?

Kiedy nie chce mi się iść na trening – a nigdy nie mam na niego ochoty (śmiech) – to Marysia przypomina mi, jak wspaniale czuję się po nim. Że zawsze, gdy z niego wracam, mam więcej energii i jestem zrelaksowana. Rano bardzo wolno się budzę, muszę nieśpiesznie wypić kawę, by dojść do siebie – i ona fantastycznie na mnie działa, ale trening jest jeszcze skuteczniejszy. Marysia powtarza mi również: „Pamiętaj, że po ćwiczeniach będzie ci się lepiej pracowało”, i to jest prawda! No i oczywiście wielką motywacją jest dla mnie fakt, że tego dnia będę mogła zjeść pół deseru więcej na kolację. To jest dla mnie najlepsza nagroda! (śmiech) A poza tym, dużo czasu spędzam w kuchni i jak większość ludzi dzisiaj przed komputerem, dlatego już sama się pilnuję, żeby od czasu do czasu wyjść na zewnątrz, nacieszyć się tym, jak piękny jest świat. I cieszę się z tego, że Marysia nie ćwiczy ze mną jedynie na siłowni, ale jak najczęściej zabiera mnie w plener. A jeśli ma się przy sobie tak dobrego trenera, który dodatkowo jest też naszym przyjacielem, łatwiej zmobilizować się do ćwiczeń, łącząc przyjemne z pożytecznym.

Pisze też Pani: „Daj sobie pięć tygodni, a poczujesz się lepiej”. Bez wątpienia, chodzi tu o poprawę samopoczucia, utratę paru kilogramów i przyrost mięśni. A może coś jeszcze?

Myślę, że tyle właśnie czasu potrzeba, aby utwierdzić się w przekonaniu, że to, co robimy dla zdrowia, naprawdę ma sens. Bo nie oszukujmy się, tydzień to za mało. I wszystkie diety, które tyle trwają – nawet jeżeli schudniemy na nich kilka kilogramów – po krótkim czasie prowadzą nas do oczywistego efektu jo-jo. A jeżeli przez pięć tygodni, powoli będziemy wprowadzali w życie pewne mechanizmy dotyczące zdrowego jedzenia i aktywności, po prostu naturalnie się ich nauczymy. Dla mnie największym problemem okazało się wprowadzenie do mojego dnia rutyny, polegającej na zjadaniu pięciu posiłków. To naprawdę jest bardzo trudne! Szczególnie dla osoby, która żyje w ciągłym ruchu, jak ja. Kursuję między Krakowem, gdzie mieszkam, a Warszawą, gdzie pracuję, poza tym dużo podróżuję po świecie. Dotąd jadałam nieregularnie. Odkąd zaczęłam trenować z Marysią, zawsze mam w torebce jabłko, banana, orzechy i nawet jeśli nie mogę zjeść normalnego posiłku, nigdy nie chodzę głodna. To jest tak proste! Ale tego nie da nauczyć w jeden dzień. Na początku ustawiałam w telefonie budzik, by co trzy godziny przypominał mi: „Ania, zjedz coś!”. Bo oczywiście zdarzało się, że jadłam śniadanie, później cały dzień byłam w biegu i na głodzie, a koło godziny 21:00 czy 22:00 jadłam dużą kolację. Mój ulubiony posiłek! To jest oczywiście bardzo przyjemne i czasem można sobie na to pozwolić, ale lepiej, kiedy ta kolacja jest mała i jest jednym z pięciu posiłków, a nie dwóch.

Jedzmy więc i piękniejmy! Bo „uroda zaczyna się w kuchni” – zgadza się Pani z tą tezą?

Tak, absolutnie! Powiem więcej: wystarczy, że na kogoś spojrzę i już wiem, czy o siebie dba. Bo ani ćwiczenia fizyczne, ani najlepsze nawet zabiegi pielęgnacyjne – chociaż też są ważne i bardzo potrzebne, bo utrzymują nasze ciało w dobrej formie – nie zastąpią nam prawidłowego odżywiania. Oczywiście możemy spożywać dużą ilość suplementów diety, choćby w postaci różnych kapsułek i płynów, jednak najlepiej dostarczać ich organizmowi w sposób naturalny, bo wtedy witaminy i mikroelementy są znacznie łatwiej przyswajalne. I dlatego bardzo często makijażyści albo inni specjaliści od urody, pytają mnie: „Aniu, jak to się dzieje, że masz taką ładną cerę i tak zdrowe włosy?!” Odpowiadam: „Cóż, po prostu dobrze się odżywiam. Tyle!” Dlatego zachęcam wszystkich: dbajmy o siebie, dobrze się odżywiając. A jeżeli wspomożemy dietę jakąś formą aktywności, szybko zauważymy efekty. Będziemy i zdrowsze, i piękniejsze.

Wywiad pochodzi z ONLY YOU nr 3/2015:

only-you-nr3-2015-wiosna-anna-starmach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.