Recenzja książki: Dwudziestolecie od kuchni – Aleksandra Zaprutko-Janicka

 

Recenzja książki: Dwudziestolecie od kuchni - Aleksandra Zaprutko-Janicka

Fot: mat.pras.

Rozkoszna książka, zgodnie z nazw serii pełna ciekawostek. Może nie do końca od kuchni, ale z potężną dawką historii, cytatów i ploteczek, obyczajowych niespodzianek i zaskakujących jadłospisów.

Autorka solidnie przysiadła do dawnych poradników, broszur, gazet i przeczytała za nas, jak się wydaje, prawie wszystko, co tylko wydrukowano w międzywojennym dwudziestoleciu. Udało jej się to spiąć w jedną całość, od której, powiedzmy to sobie szczerze, nie sposób się oderwać. W jednej książce pokazała codzienne życie od śniadania do kolacji, nie zapominając o balach brydżowych i tańcujących herbatkach, prowadząc nas od wiejskiej nędzy po miejskie elity, na zakupy w małych sklepikach i targowiskach po kursy gotowania na gazie. Z naciskiem na kobiety: usiłujące pracować, gotować, wychowywać dzieci, nadzorować służbę, przyjmować gości i nieustająco pięknie wyglądać.

Czasem są to zabawne i smakowite anegdoty o mniej lub bardziej znanych postaciach, czasem w ogóle nieśmieszne opowieści o przemocy seksualnej wobec służby (wstrząsające badania wśród studentów Politechniki). Czasem to jednak za duża rozpiętość jak na jedną, lekką chyba jednak w zamyśle – przynajmniej marketingowym – książkę. Czy tytuł jest adekwatny? Kuchni jest tu sporo, ale wcale nie tak dużo w porównaniu z informacjami o kryzysie, ministrach, analfabetyzmie, celibacie nauczycielek (ustawa uchwalona przez Sejm Śląski!), możliwościach pracy i awansu dla kobiet (kobieta mogła zapomnieć o równych szansach, prawie do pracy, równej płacy i podziale obowiązków domowych – te koncepcje dopiero się kształtowały). Z drugiej strony – to nie jest to, o czym przeczytamy w podręcznikach do historii, a jeśli nawet – to jednak w odwróconych proporcjach. Więc to opowieść nie z punktu widzenia pól bitewnych i salonów polityków, a ze zwykłej, kuchennej perspektywy.

Największe wrażenie zrobił na mnie rozdział o trudnościach związanych z zakupami. Dzisiejsze czasy, pełne konserwantów i wysoko przetworzonej żywności, wydają się sielanką, ba!, czas PRL-u wygląda jak naprawdę wielki postęp w stosunku do wielkiego wyzwania, jakim było kupienie mleka, herbaty, jajek, mięsa i masła w międzywojniu. Nie dlatego, że pewnych produktów nie było lub ceny nie pozwalały swobodnie wybierać najlepszych rzeczy. Również z powodu licznych oszustw na targowiskach i sklepikach – zamiast masła np. sprzedawano marchew wymieszaną z łojem, mięso końskie zamiast wołowiny, a do herbaty, już raz parzonej i po wysuszeniu sprzedawanej jako nowa, dodawano metalowe opiłki, żeby zwiększyć jej wagę. W jedzeniu można znaleźć było nie tyle sztuczne barwniki, którymi jesteśmy dziś tak straszeni, a po prostu trujące farby na bazie ołowiu.

Musimy też pamiętać, że w dodatku to naturalne, nieprzetworzone, przedprzemysłowe jedzenie było bardzo często zwyczajnie nieświeże. Bo nie tylko nie znano konserwantów, ale lodówki były niezwykle drogim wynalazkiem, owszem, używanym w Ameryce, ale nie w polskim sklepie i domu (co zresztą widać nawet w poradnikach peerelowskich z lat 50., gdzie z ekscytacją mówi się tym nowym domowym urządzeniu , ale skupia na realnych rozwiązaniach, takich jak szafka z wentylacją w ścianie budynku).
I ten postęp technologiczny! Owszem mamy już kuchenki i piecyki gazowe, elektryczność, przynajmniej w miejskich domach. Wszystko to jednak grozi nagłą śmiercią w dzień i nocy – bo mało kto wie, jak poprawnie używać prototypowych gazowych urządzeń, a zwykła lampka nocna czy żelazko w każdej chwili mogą porazić prądem. Codziennie gratulujmy sobie, że żyjemy w zupełnie innych czasach, nawet jeśli i one mają swoje koszmary!
M. R.
Tytuł: Dwudziestolecie od kuchni
Autor: Aleksandra Zaprutko-Janicka

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.